Codzienność może być bardzo przyjemna lub koszmarna, ale zawsze zależy to od naszego podejścia. Gdy humor mi dopisuje to mówię (na przykład):
„Ale z niego łasuszek, całą czekoladę zjadł” i jeszcze się uśmiechnę.
Gdy jestem zła, to samo zdanie nabiera zupełnie innych, negatywnych wibracji:
„Ale łakomczuch, całą czekoladę zjadł” i jeszcze … no właśnie, już nie uśmiech ale grymas złości się pojawia.
Codziennie więc powtarzam sobie:
„Właśnie dziś nie denerwuj się.”
To szczery uśmiech jest uniwersalnym kluczem do wszystkich zamków, a wtedy każdy dzień jawi się nam jak wspaniała przygoda. Przecież mamy ŻYĆ, a nie tylko przeżyć.
Wracając do codzienności.
Obrałam trochę ziemniaków, dzisiaj wyjątkowo rękami syna.
“Potarłam” sokowirówką. Do części stałej dolewałam część płynną, aż do wymaganej konsystencji, dodałam 2 jajka, sól i cukier do smaku. Wymieszałam.
Nagrzałam patelnie z odrobiną oleju i …
Placki mają to do tego, że lubią tłuszcz niestety. Chyba za dużo wody w nich było, bo strasznie pryskało. Moje placki „odłuszczałam” na ręcznikach papierowych. I oto proszę jakie wyszło cudo:
A tutaj kolejne cuda trzy:
To się nazywa dogodzić rodzince. Nie nadążałam smażyć. Dawno nie było placków ziemniaczanych. Moi lubią na słodko, więc posypywaliśmy cukrem. Wiem, że niektórzy wolą na słono. Każdemu według smaku.
Smacznego !
piątek, 2 lipca 2010
Codzienne niegotowanie
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)


0 myśli więcej:
Prześlij komentarz